logo

Ostatnia wizyta: Obecny czas: Grudzień 17th, 2017, 11:10 pm


Wszystkie czasy w strefie UTC + 2 godziny




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Fragment powieści "KIM JESTEŚ,RUDA?"
PostWysłany: Grudzień 9th, 2015, 1:42 pm 

Rejestracja: Grudzień 9th, 2015, 12:51 pm
Posty: 3
Witam,
zapraszam do przeczytania fragmentu mojej powieści o roboczym tytule "Kim jesteś, Ruda?" z pogranicza jawy i snu, magii i grozy. Życzę ciekawej lektury.


* * *
Gdy niektóre zdarzenia stają się dla nas zbyt niezrozumiałe i prawie nierealne, niewygodne wspomnienie o nich wtrącamy do mrocznych lochów wyobraźni pozwalając, by naszą rzeczywistością rządziła Rutyna.

Dlatego nie przeżywamy niedomkniętych nocy, kiedy świece umierają...


Tym, którzy choć raz słyszeli szept Tajemnicy

– p o ś w i ę c a m



* * *
Echo zanikających kroków wyznaczało rytm bicia jej serca. Wędrowała automatycznie od jednej budki telefonicznej do następnej, by usłyszeć niezmiennie ten sam sygnał – nieobecności. Taki dziwny cykl życia i śmierci. Zmartwychwstawania. Na chwilę jej serce zamierało w nadziei – wykręcała numer, całą uwagę skupiając na magii siedmiu cyfr. Niestety, tego wieczoru jej czary straciły swą niezwykłą moc. Na nic zdały się szeptanki, zaklęcia – telefon milczał, a jej oczy opustoszały. Ból osobowości dopadł ją nagle, rozpierając usta do krzyku. Ten jednak nie nastąpił. Nie to miejsce, nie ta pora, nie to życie. Obolała, nieszczęśliwa miotała się w swej cielesnej powłoce, wydając z siebie tylko żałosne miauczenie, i powoli traciła siły. Właściwie sama była sobie winna – mogła przecież krzyczeć. Mogła? Zacisnęła usta zbyt mocno. Wtedy to nie bolałoby tak bardzo. To? Własne „ja”, które jest nią i jest nim, i jest niczym.
Tej nocy spała źle. Właściwie nie źle, dobrze. Ucieczka przed własną osobowością w świat spokoju, tego lekarskiego, pozbawiła ją wprawdzie marzeń sennych, ale dała na chwilę przymknąć oczy wypalone Księżycem. W końcu była tylko nocnym zwierzątkiem, kotem. Skuliła się na kocu, a jej czarne futro lśniło w promieniach wschodzącego słońca.
– Śniłam o śmierci – mówiła. – Takiej tragicznej, bolesnej. Snułam się najpierw opustoszałymi ulicami. Padał deszcz... Wtedy zjawił się ten dziwny autobus. Przyjechaliśmy w przerażające swym ogromem miejsce. Dla zwykłego śmiertelnika były to tylko potężne biało-niebieskie wieżowce... Ale ja wiedziałam, że to krematoria!… Bałam się. Dookoła snuły się dymy palonych dusz… To chyba piekło!… I jeszcze ten szpaler mnichów nienaturalnej wielkości! Każda postać zamiast twarzy miała trupią czaszkę. Wszystko brunatno-szare. Mroczne… A przez ten potworny korytarz biegnie człowiek z pochodnią. Dokąd on biegnie?… Kim są zakapturzeni?…
– To mi się kojarzy z Beksińskim/1 – Kefas skwitował krótko jej wywód. – A ty, Ruda, masz po prostu zbyt bujną wyobraźnię.
Zbudziła się spłakana. Jeszcze długo jej ciałem wstrząsał urywany szloch. Wszystko wokół było obce. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do panującej ciemności, ujrzała w oddali wąską smugę światła. Poszła w tamtym kierunku. Biało-niebieskie gmaszyska wystrzelały triumfalnie w niebo. Bury dym gęstniał z minuty na minutę… Krzyk zamarł jej na ustach. Nagle dwóch mnichów o trupich twarzach schwyciło ją pod ręce.
– To wciąż mi się śni – pomyślała. – Chciałabym się w końcu obudzić…
Dotkliwy ból rąk uświadomił jej, że się myli. Coraz bardziej przerażona mijała długie korytarze tonące w bladoniebieskim poblasku, kręte klatki schodowe z wyszczerbionymi poręczami. Wciąż jednak w towarzystwie dziwnej eskorty.
– Muszę stąd uciec – rozejrzała się gorączkowo.
Stanęli przed świetlistymi drzwiami. Ten widok coś jej przypominał…
– Światło neonu na ścianie pokoju Mroku – przemknęło jej przez myśl. – Ale były zawsze zamknięte… Stąd nie ma wyjścia! – stwierdziła przerażona.
Nagle zauważyła przybliżający się blask pochodni. W jej kierunku biegł ów tajemniczy człowiek od mnichów.
– Będziesz potrzebowała obrońcy – zaszemrał nad jej uchem. – Czeka cię długi proces, Ruda. W razie potrzeby zwróć się do mnie. Jestem Czarnym Aniołem – rzucił od niechcenia i pobiegł dalej.
Kiedy światełko jego pochodni znikło w mroku, świetliste drzwi otworzyły się bezszelestnie. W kącie pomieszczenia o niekończących się białych ścianach długowłosy mężczyzna wił się w ekstatycznym tańcu. Jeden z trzymających ją mnichów wskazał dłonią pozbawioną ciała na jarzące się w głębi ognisko. W tym samym momencie kobieta poczuła, że staje się jednym z palących się drewienek. Było jej gorąco. Dookoła siedziały zakapturzone postacie i grzały swe zbielałe kości. Jedna ręka schwyciła ją nagle – płonącą – i wrzuciła do płynącego obok strumienia. Ruda poczuła, że gaśnie i że jest jej zimno. Dostała dreszczy…
Wtedy przebudziła się. Leżała na słomianym barłogu. Była mokra.
– To chyba lochy – stwierdziła do siebie półgłosem.
Wysoko nad głową ujrzała maleńkie, zakratowane okienko i skrawek nieba.
Była noc. Powoli zaczęła sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Czarny Anioł wspominał coś o procesie…
– Jaki proces? Co ja tu robię? – spytała głośno. – Wypuśćcie mnie stąd! – zaczęła krzyczeć. – Co chcecie ze mną zrobić?
Odpowiedziała jej cisza. Wtedy poczuła się jak osaczone zwierzątko. Usiadła bezsilnie na zimnej i wilgotnej posadzce. Krzyczała, dając ujście swojemu bólowi, rozpaczy, a przede wszystkim przerażeniu. Targała spazmatycznie swe długie, rude włosy i wyła nieludzko… Potem przyszedł stan otępienia. Nie zareagowała na odgłos zbliżających się kroków ani nawet wtedy, gdy drzwi od jej więzienia otworzyły się z łoskotem…

* * *
Dźwięk telefonu wyrwał mnie ze snu. Chwiejnym krokiem podeszłam do aparatu.
– Halo! – w słuchawce usłyszałam znajomy głos. – Cześć, Ruda! Nie mogłem się z tobą skontaktować – Kefas był wyraźnie ożywiony. – Co dzisiaj robisz? Możemy się spotkać?
– Mam cały wieczór wolny – odpowiedziałam spoglądając na zegarek. – Za pół godziny będę gotowa.
– Nie mogę uwierzyć własnym uszom – usłyszałam. – Znajdę cię na Placu. Mam dla ciebie niespodziankę.
– Tylko mnie rozpoznaj – odparłam odkładając słuchawkę.
Kefasa poznałam miesiąc temu u znajomych. Właściwie poznałam to nie jest dobre słowo. On mnie po prostu mnie wyśnił, gdyż tak naprawdę mnie nie ma. Ja się śnię. Sobie, jemu, innym. Dlatego zawsze jestem nierzeczywista…
Zrobiłam szybko makijaż, przebrałam się – wszystko w tonacji złotobrązowo-czarnej. Jak noc. Z kocią zwinnością wyskoczyłam przez okno i pogrążyłam się w mroku. Autobus właśnie podjeżdżał.
Kiedy przyjechałam w umówione miejsce, Kefasa jeszcze nie było. Po chwili pojawił się, niepewnie zbliżając się do mnie i przyglądając badawczo.
– Czy to naprawdę ty? – spytał z wahaniem. – Nigdy bym cię nie poznał, Ruda.
– Ostrzegałam cię przecież – odrzekłam ze śmiechem.
– Jesteś prawdziwą czarownicą – Kefas podał mi rękę i udaliśmy się spacerem przez Miasto do Pokoju, miejsca, w którym światło Księżyca staje się ciszą.
Na klatce schodowej Kefas położył palec na ustach.
– Cicho, ta plotkara na pewno podgląda przez dziurkę od klucza. Nie chciałbym, żeby cię widziała.
– Nie bój się – powiedziałam. – Ja już wiem, co robić.
Trzy świece odbijające się w lustrze napełniły Pokój złocistym blaskiem. Usiedliśmy w najbardziej mrocznym kącie.
– Wiesz, Ruda – szepnął Kefas, – kocham cię i zupełnie nie wiem, co z tym zrobić. Zachwycasz mnie, przerażasz, a zarazem bolisz… Odczuwam ostatnio głęboką potrzebę modlitwy, ale musiałbym modlić się do ciebie, Ruda…
Moje długie włosy, w kontraście do czarnego stroju, jarzyły się miedzianym połyskiem.
Zbliżała się północ – moje czary zaczęły nabierać niezwykłej mocy. Kiedy piliśmy wodę, miała ona smak najlepszego wina… Słowa zamieniły się w szemrzący potok. Wypowiadane przeze mnie należały do Kefasa, kiedy mówił on – słyszałam siebie. Czyżby jedna osoba w dwóch różnych powłokach cielesnych?… A czas?… Czas zaczął się rozciągać.
Nawet świece nie gasły zwyczajnie. One umierały, każda inaczej. Jedna szybko… Druga wolno, z jakąś rozpaczliwą wolą dalszego świecenia… Trzecia – wydając z siebie ostatni błysk – pogrążyła Pokój w mroku. Tylko jedno źródło światła pociągało swą niesamowitością – świetliste drzwi na ścianie. Były jednak zamknięte.
– Jesteś ciągle inna, zmieniasz się z minuty na minutę – szeptał Kefas.
Patrzył z zachwytem, jak zapalam papierosa, a dym układa się w przedziwne, ulotne kształty.
Niedomknięta noc…
Świtało. Pokój Mroku Kefas opuszczał samotnie ku zaskoczeniu wścibskiej sąsiadki. Kiedy zamykał drzwi i schodził po schodach, ciekawska kobieta usłyszała tylko moje miauczenie. Czarny kot bezszelestnie znikł w półmroku…

* * *
Salę sądową oświetlały pochodnie. W ich blasku trupie twarze mnichów zdawały się być jeszcze bardziej przerażające. Za masywnym drewnianym stołem siedział Sędzia. Miał czerwone, świecące jak rozżarzone węgle oczy i sine usta. Czaszka, porośnięta tylko kępkami rozwichrzonych włosów, prześwitywała Kosmosem. Siedział w półmroku, więc wyraźnie było widać ruchy planet, śmierć i narodziny gwiazd, eksplozje, komety, mgławice…
Na środku sali, w powrozach i łachmanach stała rudowłosa kobieta. Jej twarz wyrażała całkowitą obojętność, tylko w oczach przyczaił się zwierzęcy strach. Oddychała szybko, raz po raz zaciskając skrępowane dłonie. Nagle drzwi otworzyły się i wbiegł człowiek z pochodnią. To był Czarny Anioł.
Wówczas jeden z mnichów wstał i chrapliwym głosem oznajmił początek rozprawy.
– Ta oto, obecna tu kobieta zwana Rudą, będzie dzisiaj sądzona przez nasze szacowne Zgromadzenie – odczytał pompatycznie z wielkiej Księgi. – Mamy szereg dowodów, że Ruda to czarownica i heretyczka. Należy więc w Czas Zaćmienia Księżyca rozpatrzyć je, po czym wydać stosowny do przewinień wyrok.
– Inkwizycja – przemknęło Rudej przez myśl.
– Oddaję teraz głos oskarżycielowi – zakapturzony szkielet zakończył swój wywód, zamykając Księgę.
Wtedy do mównicy podeszła postać jeszcze bardziej odrażająca. Prokuratorem był mnich równie wysoki jak pozostali, ale na jego bezcielesnej twarzy widać było resztki zakrzepłej krwi. Rudej zrobiło się słabo.
– Dajcie jej szampana – usłyszała z oddali, jakby przez mgłę. – Nie wolno nam przerywać rozprawy.
Po chwili kobieta wróciła do siebie. Oskarżyciel zaczął odczytywać listę zarzutów.
– Ruda to czarownica. Jest kotem, śni się innym – mówił z oburzeniem, gwałtownie gestykulując kościstymi dłońmi. – A przede wszystkim – zagrzmiał. – Ruda kocha! Kocha mężczyznę, człowieka! – w pustych oczodołach mnicha rozjarzyło się na moment złowróżbne światło. – To heretyczka! – jego głos odbijał się gniewnie od ścian sali i wracał do zgromadzonych. – Ona twierdzi, że istnieje miłość! Wobec powyższego domagam się najwyższego wymiaru kary! – zakończył.
W tym momencie odezwał się Sędzia. Mimo monstrualnej postury i demonicznej wręcz fizjonomii, miał bardzo dźwięczny, głęboki głos. Kiedy mówił, jego iskrzące się już oczy roziskrzyły się jeszcze bardziej.
– Oskarżona ma głos. Co powiesz, Ruda, na swoją obronę?
– Jestem niewinna! – krzyknęła kobieta. – Słyszycie potwory? Jestem niewinna!
Wstrząsnęła swymi miedzianymi włosami, które opadły na jej twarz. Na kamienną posadzkę sfrunęło kilka źdźbeł słomy. Wtedy echo spłatało kobiecie figla. Odbity od ścian głos zadźwięczał nagle w ciszy:
– Winna, winna…
– Czyżbym sama na siebie wydawała wyrok? – pomyślała z przerażeniem. – To nieprawda! – krzyknęła.
Echo powtórzyło:
– Prawda, prawda…
Na sali zapanowało wyraźne poruszenie. Skrzekliwymi głosami mnisi gorączkowo konsultowali się między sobą. Stukaniem młotka Sędzia przywrócił spokój. Puste oczodoły zakapturzonych postaci pałały nienawiścią, obnażone zęby bezcielesnych twarzy zazgrzytały złowrogo.
– Jestem zgubiona – Ruda zaczęła myśleć o ucieczce.
Spojrzała w lewo i ujrzała Czarnego Anioła trzymającego pochodnię. Ich oczy spotkały się. Wtedy wydało się jej, że mężczyzna mrugnął porozumiewawczo. Kobieta rozejrzała się dumnie i powtórzyła spokojnie.
– Jestem niewinna. Nie mam więcej nic do powiedzenia.

* * *
Miasto cały czas pozostawało pogrążone w mroku. Potężne, opustoszałe gmaszyska rozcinały gwiaździste niebo. Tylko ulice pulsowały własnym życiem. Tłumy mieszkańców poruszały się bezładnie w jakimś opętańczym biegu, ucieczce. Raz po raz rozlegały się strzały, słychać było krzyki, płacz, przekleństwa. Samochody pędziły na oślep. Miasto Nocy – Miasto Pułapka.
Wsiadłam do swojej taksówki i jak zwykle o tej porze wyruszyłam na ulicę. Po chwili zostałam porwana przez strumień jadących pojazdów. Obok przebiegali ludzie. Ktoś rzucił świecę dymną. Starałam się panować nad sytuacją – w Mieście trzeba walczyć o istnienie, inaczej tłum rozszalałych mieszkańców zniszczy nawet pamięć o tobie.
Mercedes mknął oświetlonymi ulicami. Mijane dzielnice zmieniały swój charakter jak w kalejdoskopie – od niebezpiecznych, ponurych slumsów przez pełne barw sklepowe i rozrywkowe do ekskluzywnych willowych. Tylko tłumy wszędzie były jednakowe. Włączyłam radio. W wieczornych wiadomościach znów zapowiadano melancholię, rozpacz, opady łez i śmierć.
Zaczął kropić deszcz. Wycieraczki szumiały jednostajnie. Na chodniku rozpętała się jakaś awantura. Ktoś kogoś uderzył, ktoś zapłakał. Padły strzały. Wtedy zauważyłam uciekającego mężczyznę. Dogoniłam go.
– Wsiadaj – rzuciłam uchylając drzwiczki.
Jego brązowe oczy spojrzały na mnie z niedowierzaniem. W Mieście Bez Wyjścia przecież nikt nie okazuje sobie życzliwości. Wszyscy są wrogami wszystkich. Nawet śmierć nie uwalnia cię od tych przeklętych murów. Dusze pozostają, błądząc i zawodząc, okupują opustoszałe budynki. Właściwie tylko samobójstwo pozwala się stąd wydostać, ale do tego potrzeba odwagi. A ludzie się boją. Boją się siebie, innych...
– Wsiadaj! – powtórzyłam i pokazałam mu fotel obok siebie.
Mężczyzna rozejrzał się nieufnie i usiadł. Trzasnęły drzwiczki. Rozszalały tłum zaczął kierować się w naszą stronę. Ruszyłam szybko, zręcznie wymijając pędzące obok pojazdy. Po chwili byliśmy już w innej dzielnicy. Mężczyzna odetchnął z ulgą.
– Jesteś Kefas, prawda? – spytałam przerywając milczenie.
Spojrzał ze zdziwieniem.
– Znasz mnie?
– I tak, i nie – odpowiedziałam tajemniczo.
– Dlaczego mi pomogłaś? – przyjrzał mi się badawczo. – Kim ty jesteś?
– Nazywam się Ruda – odpowiedziałam. – Jestem jednocześnie sobą – kobietą i tobą – mężczyzną. Dlatego nie mogę udzielić ci jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o znajomość.
Kefas uniósł brwi do góry.
Samochód mknął donikąd. Krążyliśmy po Mieście, nie znając jednak trasy przejazdu. Było to właściwie obojętne.
– Dlaczego uciekałeś? – spytałam, choć w zasadzie znałam odpowiedź.
– Życie mnie przerasta – Kefas wciąż był spięty. – Nie mogę pogodzić się, że jestem tu i teraz. Szukam stąd wyjścia…
– Przecież ono właściwie nie istnieje – przerwałam zapalając papierosa.
Deszcz monotonnie uderzał o szyby. Szemrały wycieraczki.
– To miasto to przekleństwo – podjął Kefas.
Od paru chwil obserwowałam czerwoną toyotę, która jechała naszym śladem.
– Nie kończ – przerwałam. – Chyba jesteśmy śledzeni. Kto to może być? – zastanowiłam się głośno.
Kefas obejrzał się niespokojnie. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
– Przyjaciele pana Cairo – wyszeptał. – Jesteśmy zgubieni.
Każdy przejaw życzliwości tępiono tutaj z maniackim wręcz uporem. Wszędzie pełno szpiegów, którzy obserwują ludzi, a potem wydają okrutne wyroki. Pan Cairo rządzi Miastem. To dzięki niemu panuje wieczny mrok.
Kluczyliśmy krętymi uliczkami, w zawrotnym tempie przecinaliśmy skrzyżowania, aż w końcu zgubiliśmy czerwoną toyotę. Po raz drugi Kefas odetchnął z ulgą. Spojrzał na mnie swymi brązowymi oczami i rzekł:
– Jesteś taka inna od tych tłumów. Czyżbyś wierzyła w Miłość?
Nie odpowiedziałam. Obecna sytuacja Miasta zaszczepiła w mieszkańcach strach. Kiedyś istnieli wyznawcy Miłości, ale Cairo – kapłan Nienawiści – zaczął ich prześladować. Chciał, by ludźmi rządziła jedynie wrogość wobec siebie i innych. Dzięki temu Miasto stało się pułapką bez wyjścia. Nie istniało nawet wejście do niego.
– A czy ty wierzysz? – spytałam po chwili.
– To jest jedyna droga – odparł. – Miłość i samobójstwo. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.
Milczałam. Ognik palącego się papierosa raz po raz rozświetlał nasze twarze…

* * *
– Przedstawcie na to dowody! – Czarny Anioł był wyraźnie wzburzony. – Udowodnijcie, że Ruda jest czarownicą.
– A te tłumy mężczyzn, które wiecznie ją otaczają? A zabawianie się Czasem? – oskarżyciel nie dawał za wygraną.
– To jeszcze o niczym nie świadczy – kłótnia między prawnikami stawała się coraz bardziej zażarta.
Sędzia przerwał spór.
– Poprosić pierwszego świadka – rzekł.
Rudowłosa kobieta spojrzała z niepokojem na otwierające się drzwi. Zrozumiała, że znalazła się w niezbyt wesołej sytuacji.
Na salę wszedł ciemnowłosy, zielonooki mężczyzna. Ruda zadrżała.
– Skąd tutaj Markus? – pomyślała. – A jeśli ją wyda?
Tymczasem po zaprzysiężeniu świadka Sędzia zezwolił oskarżeniu na jego przesłuchanie.
– Czy świadek Markus zna oskarżoną?
Zamknęła oczy.
– Tak – padła odpowiedź.
– Proszę nam powiedzieć, gdzie i w jakich okolicznościach spotkaliście się po raz pierwszy.
Mężczyzna zawahał się chwilę.
– Właściwie daty nie pamiętam. Ale sam fakt utkwił głęboko w mojej pamięci. Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień – urwał zauważywszy zgaszone spojrzenie Rudej.
– Co świadek miał na myśli mówiąc, że takie rzeczy nie zdarzają się codziennie? Proszę kontynuować – powiedział oskarżyciel.
Markus zrozumiał niezwykłość tego procesu. Ruda była w niebezpieczeństwie.
– O co ją oskarżyli? – pomyślał. – W czym mogę jej pomóc?
– Przypominam, że za składanie fałszywych zeznań grozi świadkowi kara pozbawienia wolności – oskarżyciel był już wyraźnie zniecierpliwiony. – Proszę kontynuować.
– Rudą poznałem w „Mroku”, takiej kawiarni w Mieście. Przyciągnęła mnie swoim spojrzeniem. Podobała mi się, więc zaprosiłem ją na kolację, choć właściwie czułem, że muszę tak postąpić. Spędziliśmy razem naprawdę czarujący wieczór – odpowiedział Markus.
Sędzia udzielił głosu obrońcy.
– A czym się świadek zajmuje? – spytał Czarny Anioł.
– Jestem muzykiem. Śpiewam – Ruda znała tę odpowiedź.
Zamknęła oczy. W tym momencie wróciło wspomnienie tego spotkania. Na Markusa zwróciła uwagę tuż przy wejściu. Siedział przy stoliku samotnie, rozmarzony, wniebowzięty... Myślami jakby nieobecny… Musiała go poznać, choć jeszcze wtedy nie wiedziała, że on śpiewa. Parokrotnie ich spojrzenia spotkały się... Zaśpiewał dla niej, grając na pianinie... Ona dla niego... Poszli razem na kolację, pili szampana... Chyba go nawet przez chwilę kochała...
– Dziękujemy świadkowi. Prosimy pozostać jeszcze do naszej dyspozycji – oskarżyciel triumfalnie spojrzał na Rudą.
Markus już miał wychodzić, ale Czarny Anioł powstrzymał go ruchem ręki.
– Chciałbym zadać świadkowi jedno dodatkowe pytanie – słowa te skierował do Sędziego, który kiwnięciem głowy udzielił mu zgody.
Mężczyzna spojrzał wyczekująco.
– Czy świadek mógłby świadomie powiedzieć, że Ruda użyła sztuk czarnoksięskich przy waszym spotkaniu?
Markus już się nie wahał. To pytanie uzmysłowiło mu celowość tego dziwnego procesu. Zrozumiał też obecność mnichów o trupich twarzach.
– Nie – powiedział głośno. – To nie były czary. Ruda po prostu jest Kobietą.
– Czy są jeszcze jakieś pytania do świadka? – spytał Sędzia.
Prawnicy zgodnie zaprzeczyli ruchem głowy.
– Wobec tego świadek jest wolny.
Ruda zamarła. Czuła, że za chwilę na sali rozpęta się piekło. Rzuciła rozpaczliwe spojrzenie Czarnemu Aniołowi, lecz mężczyzna zdawał się tego nie zauważyć. Zapanowała cisza, przerywana jedynie skrzypieniem gęsich piór na pergaminach. Przez moment przerażonej kobiecie wydawało się, że wszyscy o niej zapomnieli. Nawet Sędzia zagłębił się w kontemplacji Kosmosu swojej czaszki...

* * *
– Bez miłości nasze jutro staje się nigdy – rzekł Kefas.
Taksówka mknęła przed siebie. Ścisnęłam mocniej kierownicę.
– Dlaczego milczysz? – mężczyzna zagłębił dłoń w moich miedzianych włosach. – Czyżbyś chciała pozostać w Mieście?
Wiedziałam, że Kefas pragnie wyzwolenia, jak każdy. Ból istnienia był tutaj czymś tak naturalnym jak głód – równie silny i równie obezwładniający.
– Myślisz, że możemy otworzyć drogę innym? – spojrzałam wyczekująco. – Przecież nikt jeszcze tego nie dokonał.
– Popatrz – rzekł nagle Kefas. – Co za dziwna dzielnica!
W oddali stały biało-niebieskie wieżowce otoczone chmurami dymu. Jakieś dziwne źródło światła podświetlało je od wewnątrz. Były potężne i niedostępne. W tym momencie oboje poczuliśmy swąd palonych ciał.
– To krematoria – szepnęłam przerażona.
W miarę jak samochód zbliżał się do owych budynków, warkot silnika zagłuszyły jęki, wzmagające się z każdą sekundą. Spojrzałam na Kefasa. Jego oczy...
– Dzielnica Śmierci pana Cairo. Uciekajmy!
Zawróciłam pojazd i krzyk przerażenia uwiązł mi w gardle. Wzdłuż ulicy stali ogromnego wzrostu zakonnicy o trupich twarzach. Ich puste oczodoły świeciły nienawiścią.
– Co robić? – spytałam. – Przecież wystarczy, że jeden z nich się ruszy i zostaniemy zmiażdżeni.
Przerażenie odbierało mi zdolność myślenia, a strach paraliżował. Zapanowało milczenie. Z nerwów sięgnęłam po papierosa, ale nie mogłam go nawet zapalić. Trzęsły mi się ręce.
– Czy jesteś zdecydowana na wszystko? – Kefas przerwał ciszę.
– Tak. Chcę się stąd wydostać za wszelką cenę – wyszeptałam zbielałymi ustami.
– Puść mnie za kierownicę – rozkazał. – Zapnij pasy. Ruszamy!
Wśród posępnych mnichów zapanowało poruszenie. Zamknęłam oczy i zdałam się na Kefasa. Poczułam, że brakuje mi powietrza. Dym zaczął nas dusić. Przejeżdżaliśmy przez Dzielnicę Śmierci.
– Zamknij okno! – krzyknął mężczyzna. – Nie oglądaj się!
Pęd mknącego samochodu wciskał nas głęboko w fotele. Usłyszałam strzały i tupot biegnących monstrów. Musiałam na moment stracić przytomność, bo kiedy otworzyłam oczy, jechaliśmy już dobrze znanymi mi ulicami Miasta.
– Jesteśmy straceni – rzekł Kefas. – Cairo nie daruje nam tej ucieczki, Ruda! – potrząsnął mną energicznie. – Jest tylko jedno wyjście...
Spojrzał na mnie wyczekująco.
– Jedziemy! – zadecydowałam.
Tam, gdzie się znaleźliśmy, panował względny spokój. Tylko pojedyncze postacie chyłkiem przemykały pod murami zrujnowanych budynków. Mgła sprzyjała naszym zamiarom.
Po chwili byliśmy na autostradzie na wzgórzu. Pod nami widniała przepaść. Wołała nas. Oboje słyszeliśmy ten wabiący głos śmierci.
Kefas zatrzymał samochód tuż na skraju otchłani i mocno objął mnie ramieniem.
– Zastanów się – wyszeptał, – czy naprawdę tego pragniesz? Musimy to zrobić – ścisnął mnie za ręce. – To jedyne wyjście, aby wyrwać się ze szponów Cairo.
Pokiwałam potakująco. Byłam zdecydowana na wszystko.
Wtedy mężczyzna o brązowych oczach wyjął brzytwę...

* * *
Ruda obudziła się w całkowitych ciemnościach. Nie wiedziała, ile czasu tu spędziła. Pamiętała jedynie Markusa i że proces został przerwany. Leżała na kocu, próbując przyzwyczaić wzrok do panującego mroku. Kiedy jej kocie oczy zaczęły rozróżniać kształty wstała, żeby rozprostować obolałe ciało.
Wtedy potknęła się o jakieś przedmioty, coś zaszeleściło. Schyliła się zaciekawiona i ostrożnie badając grunt rękami znalazła butelkę szampana, orzeszki i paczkę papierosów.
– Dbają tu o mnie, nie ma co – rzekła do siebie półgłosem.
Zapaliła papierosa i rozejrzała się dookoła. To nie była cela, w której obudziła się poprzednim razem.
Kamienne ściany gdzieś wysoko wieńczyło półkoliste sklepienie. Cały ten widok przywiódł jej na myśl średniowieczne podziemne lochy. Gdzieś w oddali kapała woda.
– Całkiem niezłe te orzeszki – stwierdziła z zadowoleniem. Była głodna, więc z pustych łupinek powstał już mały kopczyk. – Orzeszkowe ognisko! – błysnęła jej myśl.
Zapaliła zapałkę i wrzuciła na stosik. Nagły ogień rozświetlił pomieszczenie. Kobieta odkorkowała szampana i nalała złocistego płynu do stojącego na kamiennej posadzce niewielkiego naczynka. Wszędzie było czysto, co wydało się jej dość podejrzane. Alkohol miło rozgrzewał jej wnętrzności... Kolejną zapałką zapaliła papierosa.
Ognisko z orzechowych łupinek strzelało i jarzyło się w ciemnościach. Patrząc na ulotne kształty dymu, Ruda spostrzegła w mroku czyjąś niewyraźną sylwetkę. Czyżby nie była tu sama?
– Wiedziałam, że znów się spotkamy, Kefasie – rzekła podchodząc do siedzącego mężczyzny.
Przytulił ją w milczeniu i pogładził jej miedziane włosy.
– Jesteś piękna – wyszeptał. – Chciałabym, żeby ta chwila mogła trwać wiecznie.
– Nic prostszego – powiedziała. – Nie na darmo jestem czarownicą.
Wyswobodziła się z jego objęć i krążąc bezszelestnie wokół orzeszkowego płomienia niczym ćma, zaczęła śpiewać. Jej dźwięczny, czysty głos pochwyciło echo. Kefasowi wydawało się, że śpiewa kilka osób. Było to urzekające wrażenie...
Kobieta śpiewała dla niego tęskną pieśń. Chciała wyrazić w niej całą swoją nadzieję, ból, zachwyt i cierpienie. Wiedziała bowiem, że tak naprawdę nigdy nie będą razem.
Mężczyzna nalał sobie szampana i słuchał, słuchał, słuchał...
– Powiedz, Ruda, kim jesteś? – pytał z zachwytem. – Twój wzrok mnie przeraża. Kim jesteś?

* * *
Z naszych rozciętych nadgarstków zaczęła płynąć krew. Robiło mi się słabo, Kefas także tracił siły. Ale ten pierwszy, a zarazem ostatni akt spełnienia miał nas wyzwolić. Czułam przypływającą falę rozkoszy. Kochałam go.
– Ruda, Ruda – szarpał mnie za włosy. – Co ty ze mną robisz?
Krew zalewała nam twarze. Spijaliśmy ją w bólu i miłości.
– Teraz wiem, że to zrobię – rzekł Kefas. – Kocham i nie chcę, aby Miłość się skończyła. Jestem szczęśliwy, ale brakuje mi wolności. Nienawidzę tego Miasta.
– Ja też cię kocham – powiedziałam. – I nie chcę spłonąć w krematorium tego potwora.
Przytuliliśmy się do siebie i Kefas nacisnął pedał gazu. Następnego dnia wszystkie dzienniki w Mieście podały następującą wiadomość:

Dzisiaj znaleziono zwłoki pary kochanków-samobójców: niejakiego Kefasa i tajemniczego pochodzenia Rudej. Ktokolwiek ich znał, niech o tym zapomni. Pamięć o nich niech będzie przeklęta.
Przyjaciele pana Cairo


* * *
Na salę sądową wszedł kolejny świadek. Był nim wysoki i nazbyt szczupły mężczyzna. W gęstwinie jego włosów widniały dwa krótkie rogi. Ruda wiedziała, że będzie świadczył przeciwko niej.
– Jak świadek Diabolo poznał oskarżoną? – spytał Sędzia.
– Właściwie nie znam jej osobiście – padła odpowiedź. – Widziałem ją raz w autobusie.
– Proszę nam to opowiedzieć – rzekł Sędzia.
Diabolo spojrzał na Rudą. Coś dziwnego było w tej kobiecie, co od razu przyciągnęło jego uwagę.
– Siedziałem samotnie przy oknie, wtedy wsiedli oni... – zaczął.
– Oni? To znaczy kto? – padło pytanie oskarżyciela.
– Ruda i ten mężczyzna. Usiedli po przeciwnej stronie. Ona kasowała bilety i spojrzała na mnie takim wzrokiem, że dreszcz mnie przeszedł.
– Kim był ten mężczyzna? – spytał Czarny Anioł.
– Nie wiem. Zarówno jego, jak i Rudą widziałem po raz pierwszy.
– Proszę opowiadać, co było dalej – Sędzia przyspieszył przesłuchanie.
– Siedzieli obok siebie i co chwilę wybuchali głośnym, zaraźliwym śmiechem. W jej głosie pobrzmiewała niesamowitość…
– O czym oskarżona rozmawiała z tym mężczyzną? – tym razem zaznania Diabola przerwał sam Sędzia.
Zapytany szybko odpowiedział:
– Nie słyszałem wszystkich słów, gdyż siedziałem zbyt daleko. Poza tym ich rozmowę zagłuszał warkot silnika. Wiem tylko, bo zwróciło to moją uwagę – ciągnął dalej, – że Ruda wypowiadała się o sobie jak o mężczyźnie.
– Co świadek ma na myśli? – spytał oskarżyciel.
– Do określania swoich czynności używała czasowników rodzaju męskiego. Mówiła – zrobiłem, chciałem, zrozumiałem – wytłumaczył Diabolo.
W tym momencie poczuł na sobie spojrzenie kobiety. Jej wzrok był zimny i nieprzyjazny.
– Teraz opowiedz o włosach – mruknęła do siebie półgłosem.
– W pewnej chwili Ruda zakryła sobie twarz włosami – powiedział posłuszny jej myślom Diabolo. – Mężczyzna je rozdmuchiwał. Oboje zanosili się od śmiechu, lecz ona wciąż patrzyła na mnie...
– Dziękujemy świadkowi – przerwał Sędzia. – Czy oskarżenie lub obrona mają jeszcze jakieś pytania do świadka?
Tej okazji nie mógł i nie chciał przepuścić oskarżyciel.
– Czy zdaniem świadka Ruda ma jakieś powiązania z siłami magii? – spytał zakapturzony mnich.
– Tak. Jestem tego pewien – zdecydowanie odpowiedział Diabolo.
– Czym świadek tłumaczy swoje stanowisko? – do akcji wkroczył Czarny Anioł.
– Sprzeciw – zaoponował oskarżyciel. – Odpowiedź jest jednoznaczna.
– Oddalam – rzekł Sędzia. – Proszę kontynuować – zwrócił się do obrońcy.
– Właściwie Ruda nic niezwykłego nie robiła, zachowywała się jednak dziwnie. W jej wzroku było coś demonicznego, jakby to określić... – Diabolo długo szukał odpowiednich słów. – Świadomość, że wszystko, co zechce, spełni się...? Triumf, że potrafi rządzić Przeznaczeniem zarówno swoim, jak i innych... Poza tym ona ma co najmniej dwie twarze! – stwierdził odkrywczo.
Na sali zawrzało. Zakapturzone szkielety wstały i zaczęły zbliżać się do stojącej kobiety. Zamknęła oczy, lecz dematerializacja w tak silnym polu nienawiści była po prostu niemożliwa.
– Świadek jest wolny – powiedział Sędzia. – Na dziś rozprawę zamykam. Proszę odprowadzić oskarżoną do celi.
Ruda odetchnęła z ulgą. Za nic nie chciała znaleźć się w kościstych palcach mnichów. Po chwili była już w ciemnościach. Cela stała się jej azylem.
Zapaliła papierosa.
– Ja chyba tylko śnię – pomyślała. – Ale jeśli to wszystko dzieje się naprawdę, oni zechcą mnie zniszczyć.
Wzięła papier i ołówek i napisała:
różowe słonie tańczą w kałużach
i pada deszcz
największe kwiaty w różowych okularach
na karminowych ustach...

Zasnęła. Mężczyzna o brązowych oczach delikatnie gładził jej płomienno-czerwone włosy.

* * *
Wzięłam pióro do ręki i napisałam pierwsze słowa listu. Świeca łagodnie oświetlała kąt, w którym siedziałam. Cały Pokój napełnił się dziwnymi cieniami, magicznymi kształtami, a wszystko rozdzierał blask. Właściwie dwa odcienie światła – błękitno-szary niedomkniętej nocy i złocisty lustrzanej świecy. Grała muzyka mroku.
Granica cienia powoli zaczęła się zacierać, a słowa same cisnęły się na papier...

różowe słonie tańczą w kałużach
i pada deszcz
największe kwiaty w różowych okularach
na karminowych ustach...
lekko spadają w otwartych interwałach
pocieszając wstążki śpiące lizaki
tam gdzie światło księżyca
staje się ciszą
i złote drzwi prowadzą donikąd
i świece umierają

Snem jesteś mi i zapomnieniem, Kefasie. Twoja miłość... Dlaczego ona boli?...
Słowa są ułomne i płaskie. Nie sposób wyrazić nimi wszystkich uczuć. Zatraciły już swą pierwotną magię...
Ale ja muszę, muszę rozmawiać z Tobą. Moim śladem kroczy nieszczęście.
Spacerując uliczkami twego serca, wsłuchuję się w tajemną muzykę nocy. Boję się ciemności życia. Mój płacz jest blisko mnie, we mnie. Umieram wolno, kiedy odchodzisz. Umieram we wnętrzu umierającej Miłości...
W kącie Pokoju zaczaiła się kosmata cisza. Przerwałam na chwilę pisanie.
– Czy cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę, Kefasie? – pomyślałam i ponownie sięgnęłam po pióro.
Śnij mnie jeszcze – napisałam. – Wiesz przecież, że jestem, kiedy jesteś.

„Ukochany, znów rozmawiam z tobą...
W tej ciszy, którą noc przynosi...
pragnę mówić do ciebie...
I myślę, że ty także najdroższy...
wspominasz, jak smutny sen...
naszą miłość, naszą miłość tak dziwną...
Mój miły, choć los nas nie połączy
nigdy i choć rozdzieli nas na wieki...
moje serce będzie zawsze twoje...
twoje myśli to są myśli moje...
moje życie to jest życie twoje...
tak jak twoim jest mój wielki ból”/2

Twoja –
Ruda

Zakleiłam kopertę i pobiegłam do jego skrzynki na listy. Kiedy opuszczałam klatkę schodową zaczynało świtać. Już byłam spokojna. Cudowny sen o rzeczywistości potrwa dłużej...
Nagła fala gorąca objęła moje ciało. Bezszelestnie przebiegłam na drugą stronę ulicy.
– A psik! – usłyszałam. W ślad za mną poleciał kamień. – A bodajby cię diabli wzięli, czarny potworze!
Uciekałam miaucząc przeraźliwie. Dzięki ludzkim przesądom o mały włos nie straciłam życia. Oni wierzą, że czarny kot przynosi pecha!
Usiadłam nagle, rozglądając się dookoła. Była noc. Obok, oddychając miarowo, spał mężczyzna o brązowych oczach. Na jego twarzy malował się spokój.
Przez sen objął mnie i przytulił do siebie. Delikatnym muśnięciem dłoni pogładził moje miedzianozłote włosy.
Zasnęłam...

* * *
Z rozciętej wargi kobiety spływała krew. Rozszalały szkielet-oskarżyciel krzyczał. Sędzia próbował przywrócić spokój i kilkakrotnie zastukał młotkiem.
– Proszę o ciszę! – zagrzmiał. – W przeciwnym razie każę przerwać proces.
Ciałem Rudej wstrząsnął tłumiony szloch.
Kiedy wrzenie na sali w końcu ustało, Sędzia oddał głos obrońcy.
– Dowody, które tu przedstawiono na rzekome powiązania oskarżonej z siłami nieczystymi – zaczął swą mowę Czarny Anioł, – są niewystarczające. Śmiem twierdzić, że nie można ich nawet brać pod uwagę. Oskarżyciel, chcąc za wszelką cenę udowodnić swoją rację, sprowadza świadków, którzy mało znaczącymi zeznaniami nic w zasadzie nie wnoszą do tego procesu, a tym bardziej nie potwierdzają zarzutów. Skąd wzięliście Rudą? – spytał zwracając się bezpośrednio do upiornego Zgromadzenia. – Wyrwaliście ja ze Snu, aby postawić przed sądem – stwierdził oburzony. – Oskarżyliście o czary i miłość. Spójrzcie na tę kobietę – wskazał palcem w jej kierunku. – Niech wasze puste oczodoły napełnią się światłem – to powiedziawszy, oświetlił Rudą swoja pochodnią. – Ona nie jest cielesna! Jest wytworem waszych zwyrodniałych wyobraźni! Ale istnieje! Można jej dotknąć, można także zadać jej ból.
– Cóż za paradoks! – przerwał zniecierpliwiony mnich oskarżyciel.
– Jest kobietą fatalną – kontynuował niezrażony Czarny Anioł, – mroczną i posępną. Posłuchajcie muzyki, która wypełnia jej duszę. Przecież to muzyka śmierci! Ruda jest wam bardzo pokrewna, ale nie możecie ścierpieć faktu, że chodzi własnymi drogami jak kot, dzika i niedostępna. A miłość? Granica między nią a nienawiścią wciąż się zaciera. Wy ją przekroczyliście – rzekł potępiająco. – Przepełnia was wrogość do wszystkiego, co choć trochę odmienne. Postanowiliście więc zniszczyć oskarżoną. Ruda jest niewinna! – powiedział stanowczo na zakończenie swego wywodu.
– Zniszczę cię – zasyczał oskarżyciel do Czarnego Anioła. – Pozbawię cię pochodni.
Sędzia po raz kolejny przywracał porządek na sali. Teraz Ruda miała głos. Rozejrzała się dookoła. Monstrualni mnisi o trupich twarzach siedzieli wyczekująco, patrząc zimno na jej sponiewieraną osobę. Czuła, że wyrok już zapadł.
– W moich żyłach płynie śmierć – powiedziała. – Serce chore beznadzieją odmierza stany nieufności. Tylko w oczach ukryło się życie – umilkła nieoczekiwanie, jakby delektując się nagłą ciszą. – A przecież w krzyku milczenia ciężko umierać – zakończyła głośno.
– To jest wyraźne przyznanie się do winy – wrzasnął triumfalnie oskarżyciel. – Miałem rację!
Ruda stała ze spuszczoną głową. Miedzianozłote włosy zasłoniły jej smutną twarz. Sędzia ponownie odroczył rozprawę.
– Jak długo będą mnie jeszcze męczyć? – pomyślała, kiedy już bezpiecznie dotarła do celi. – Oni chyba pragną mojego szaleństwa.
– Dlaczego to powiedziałaś? – Czarny Anioł zjawił się tak nagle, że przestraszona jego obecnością, drgnęła. – Chciałem ci pomóc.
– Ja jestem skazana od początku – rzekła smutno kobieta.
W ciemnościach celi jej oczy jarzyły się zielonkawym blaskiem. Przy płomienno-czerwonym odcieniu włosów twarz Rudej nabrała niesamowitego wyrazu.
Czarny Anioł spojrzał na nią podejrzliwie.
– Ty naprawdę jesteś czarownicą – stwierdził przerażony.
Chciał jej dotknąć, ale pod dłonią poczuł miękkie futro czarnego kota.
– Kim ty jesteś, Ruda? – mężczyzna był wyraźnie zdezorientowany. Widział kobietę, dotykał zwierzę. – Wydawało mi się, że ciebie znam!
Ruda zaśmiała się ironicznie.
– Jestem nią i jestem nim, a jednak nie istnieję. Śnisz mnie – rzekła. – Tylko zegar stanął już. Przestał bić...
– Ten mężczyzna to też ty? – spytał Czarny Anioł z niedowierzaniem.
Nie odpowiedziała. Potrząsnęła tylko głową. Wtedy pochodnia Czarnego Anioła zgasła i cela kobiety pogrążyła się w całkowitych ciemnościach.
W ciszy, która zapadła, rozległo się żałosne miauczenie.

* * *
Kefas jechał samochodem przez Las. Chciał jeszcze przed północą znaleźć się w swoim mieszkaniu. Nagle gwiaździste dotąd niebo pokryło się deszczowymi, burzowymi wręcz chmurami. Zaczęło padać. Mężczyzna dodał gazu. Zależało mu na czasie.
– Skąd nagle ta mgła? – pomyślał.
Krajobraz posępniał z minuty na minutę.
W pewnym momencie Kefas zauważył na szosie zarys ludzkiej postaci. Na hamowanie było już za późno. Mężczyzna usłyszał głuchy trzask i odgłos upadającego ciała. Zrobiło mu się gorąco.
– Samobójca czy szaleniec? – zastanawiał się wysiadając z wozu.
Na jezdni, parę metrów przed pojazdem leżała rudowłosa kobieta, ubrana w płócienną suknię. Na jej ciele nie było widać żadnych obrażeń. Ani śladu krwi.
Kefas schylił się, aby ją podnieść. Miała zamknięte oczy. Przyjrzał się jej. Była nadzwyczaj piękna. Chciał dotknąć jej ramienia, ale jego ręka natknęła się jedynie na nawierzchnię szosy. W świetle reflektorów jej miedziane włosy zdawały się płonąć złocistoczerwonym blaskiem. Długie palce smukłych dłoni zakończone pięknymi paznokciami ścisnęła w pięści – jakby przygotowana do obrony. Mężczyzna spojrzał na jej nogi. Były bose! Ale ani śladu na nich jakiegokolwiek pyłu...
– Ta kobieta potrzebuje pomocy – rzekł do siebie. – Potrąciłem ją – pomyślał gorączkowo. – Gdzie znaleźć lekarza na takim pustkowiu? – pytał sam siebie.
Ponownie nachylił się nad leżącą. Ale i tym razem jego ręce dotknęły asfaltu.
– Jestem już zmęczony – spojrzał na zegarek.
Dochodziła północ. Przetarł swe brązowe oczy i zamarł... Szosa była pusta, ani śladu kobiety. Nawet mgła się rozrzedziła. Po chwili ustał deszcz. Przemoczony i zdezorientowany mężczyzna wrócił do samochodu. Na przednim siedzeniu obok kierowcy siedział mokry, czarny kot. Kiedy Kefas ruszał, zwierzątko przytuliło się do jego kolan miaucząc usypiająco.
– Nic z tego nie rozumiem – nerwowo rzekł do siebie Brązowooki. – Najpierw ta kobieta-fatamorgana, a teraz ty – pogładził kota za uchem. – Może ty mi to wytłumaczysz? Pewnie jesteś głodny – zwrócił się do zwierzaka. – Zapraszam cię na kolację. Mam jeszcze trochę mleka w lodówce.
W odpowiedzi usłyszał krótkie miauknięcie...
Tej nocy Kefas spał niespokojnie. Postać płomiennowłosej kobiety zapanowała niepodzielnie nad jego snem. Raz widział ją leżącą, tak jak wtedy, na jezdni. Innym razem szła do niego, piękna, zielonooka.
– Kim jesteś, Ruda? – pytał. – Kim jesteś? Czy ty w ogóle istniejesz?
– Śnisz mnie, Kefasie? – odpowiadała daleka i rozmarzona. – Kochasz swoje odwieczne pragnienie...
Brała go za rękę i szli w stronę biało-niebieskich wieżowców. Snuli się sennie wśród ponurych gmachów. Budził się kilkakrotnie, ale mruczenie czarnego kota przywracało mu spokój. Zasypiał, by ponownie spotkać Rudą. Wiedział, że należy do niego, kiedy oddawała mu swe piękne ciało. Była dzika i nienasycona. Odchodziła, by wracać z jeszcze większą żarliwością.
– Strzeż się pana Cairo – szeptała wśród pieszczot.
Mruczała i przeciągała się jak kotka...
Świtało. Kefas obudził się, a kiedy otworzył oczy, oniemiał ze zdziwienia. Obok niego spała miedzianowłosa. Pogładził ją ostrożnie. Po czarnym kocie ślad zaginął.
– Czy ty w ogóle istniejesz?

* * *
– Teraz już nie ma wątpliwości – krzyczał oskarżyciel o trupiej twarzy. – Ruda jest czarownicą. Mam na to niepodważalny dowód! – zaśmiał się chrapliwie.
Kobieta wiedziała, że następnym świadkiem będzie Kefas. Po chwili drzwi sali otworzyły się i stanął w nich brązowooki mężczyzna.
– Nic im nie powiesz – pomyślała Ruda. – Jesteś mną. Tylko Czarny Anioł wie o tym.
Nie myliła się. Każde pytanie oskarżyciela spotykało się jedynie z wymownym milczeniem. Ta postawa zdziwiła i zdenerwowała zakapturzone potwory. Ruda przeciągle spojrzała na Kefasa.
– Jesteś piękna – pomyślał. – Szkoda, że to nasze ostatnie spotkanie...
W tym momencie Sędzia stracił cierpliwość. Brązowookiego wyprowadzono z sali. Kobieta uśmiechnęła się triumfująco.
– Jestem niewinna – rzekła. – Nic mi nie udowodnicie.
Wtedy właśnie zdarzyła się rzecz niespodziewana. Mnich-oskarżyciel zaśmiał się szyderczo i powiedział:
– W świetle pojawienia się nowych dowodów, proszę po raz ostatni szacowne Zgromadzenie, by zechciało mnie wysłuchać. Mam jeszcze dwie sprawy, które pomogą wydać sprawiedliwy wyrok – spojrzał wyczekująco na Sędziego.
Ten ruchem głowy wyraził swoje pozwolenie. Czarny Anioł zaniepokoił się. Był nierozmowny po wizycie w celi Rudej. Znał przecież prawdę, której zaprzeczenia bronił. Zakapturzony wyjął z habitu świstek papieru.
– Pozwólcie, że odczytam teraz treść zapisaną tu ręką oskarżonej. „Różowe słonie (...) śpiące lizaki” – delektował się każdym słowem, uważnie patrząc na reakcję kobiety. Podał kartkę Sędziemu, który odrzucił ją z wyraźną odrazą. – Ale to nie wszystko – podjął mnich z niesmakiem. – Oto wycinek z wczorajszego dziennika Miasta. Proszę o odczytanie druku – zwrócił się do Czarnego Anioła.
Człowiek z pochodnią zadrżał.
– Dzisiaj znaleziono zwłoki pary kochanków-samobójców: niejakiego Kefasa i tajemniczego pochodzenia Rudej – Przeczytał wolno. – Ktokolwiek...
– Dosyć! – gwałtownie przerwał oskarżyciel. – Myślę, że wystarczy dowodów. Sprawa jest jasna. Ruda od paru dni jest przez nas uwięziona. Jakim cudem mogła popełnić samobójstwo? Przecież widzimy ją żywą!
– To czarownica! – zaszemrało Zgromadzenie ponurych mnichów o trupich twarzach. – Na stos z nią!
Kobieta stała z dumnie podniesioną głową. Jej zimny wzrok ciskał błyskawice nienawiści.
Wtedy Sędzia przywołał wszystkich do porządku. Do niego należało oficjalne ogłoszenie ostatecznego wyroku.
– Wobec przedstawionych mi dowodów, uznaję obecną tu oskarżoną – imieniem Ruda – winną zarzucanych jej czynów i niniejszym skazuję na karę śmierci poprzez spalenie. Wyrok zostanie wykonany natychmiast.
Czarny Anioł spuścił głowę i zgasił płomień swojej pochodni. Klęska jego była nazbyt dotkliwa.
– Przypominam – kontynuował Sędzia, – że przed wykonaniem wyroku, oskarżonej przysługuje prawo do ostatniego życzenia.
Kobieta zawahała się przez chwilę.
– Chciałabym znać nazwisko Sędziego – powiedziała głośno.
– Cairo! – zabrzmiała odpowiedź.
W tym momencie dwóch mnichów pochwyciło Rudą i powlokło w stronę biało-niebieskich wieżowców.
Tylko jedna osoba cierpiała, kiedy piękne ciało kobiety ogarniały płomienie. Był nią Czarny Anioł.
– Miedzianowłosa – szeptał do siebie. – Byłaś mi tak bliska. To dla ciebie rozpaliłem swą pochodnię...

* * *
– Jak to dobrze, że to wszystko już się skończyło – rzekłam do Kefasa. – Cieszę się, że jestem z tobą.
Mężczyzna o brązowych oczach delikatnie zagłębił dłonie w moich długich włosach w kolorze płomienia. Spojrzał mi prosto w oczy i wyszeptał:
– Kocham cię, Ruda i zupełnie nie wiem, co z tym zrobić...

* * *
Świt zastał ją na Placu. Siedziała na schodach Katedry i czekała, aż opadną poranne mgły. Jesienne słońce muskało jej długie rude włosy. Nagle żerujące nieopodal gołębie wzbiły się zaniepokojone i zakołowały z głośnym szumem skrzydeł.
– To on – pomyślała Ruda widząc młodego mężczyznę.
Był wysoki i dobrze zbudowany. Szedł zamyślony i gdy wydawało się, że jej nie zauważy, spojrzał. Ten jeden moment wystarczył.
– Niebieskooki… – szepnęła do siebie.
Wstała i nie oglądając się ruszyła w stronę wejścia do Katedry. Wiedziała, że mężczyzna zatrzymał się zdziwiony jej nagłym zniknięciem, ale czuła, że jej czas jeszcze nie nadszedł… Ich czas…
Wracając do siebie David czuł jakiś dziwny niepokój. Nie przepadał za spacerami przez Plac o świcie. Swym wyglądem za bardzo przypominał mu cmentarz dawno opuszczony nawet przez duchy. Długie, nadgryzione przez ząb czasu schody do Katedry o wyszczerbionych wieżach, wytłuczonych witrażach i ponurym wnętrzu oraz nieczynna fontanna w kształcie długowłosej dziewczyny ogarniętej przez kamienne płomienie były wątpliwą ozdobą tego miejsca. Unoszące się mgły, poprzecinane gdzieniegdzie promieniami wschodzącego słońca, dodawały widokowi posmaku niesamowitości. A wszystko pokryte starym kurzem i pradawnym pyłem trwało nieruchome, jakby nieobecne.
– Dlaczego tu jest tak szaro, smutno? – pomyślał i wtedy ją ujrzał.
Siedziała jak posąg na zniszczonych schodach. Była cała spowita w czerń, niby otulona peleryną mroku. Jej bladą twarz ożywiał jedynie czerwony blask włosów. Mężczyzna stanął urzeczony. Ich spojrzenia spotkały się na moment, a wtedy ona znienacka wstała i… zniknęła w półobrocie, jakby rozpływając się we mgle.
David przetarł oczy ze zdumienia. Wówczas jego wzrok padł na kamienną fontannę. Była pusta!
– Wróć do mnie… – usłyszał w sobie śpiewny głos. – Wróć…
– Odnajdę cię – powiedział głośno do siebie i wolno ruszył w stronę domu.


Przypisy:
1 Zdzisław Beksiński (1929–2005) – polski malarz, fotograf, rysownik. W tekście mowa o obrazie pt. „Pochodnia”
2 Mario Clavel – „Mój list”


Góra
Offline Profil  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ]  Moderator: Margarithes

Wszystkie czasy w strefie UTC + 2 godziny


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group